Vinteco - Dizajn z historią

Kostka Rubika

Kostka Rubika

Mijają właśnie dwa lata od kiedy pożegnałam pracę na etat, a rok odkąd postawiłam na własną markę dedykowaną odnawianiu mebli i innych przedmiotów z historią - Vinteco. Dziś mam ochotę na trochę ekshibicjonizmu i podsumowanie minionych wydarzeń.

Co WY możecie z tego mieć?

Dziś piszę dla siebie i tych, którzy chcą po prostu wysłuchać mojej historii. Ostrzegam, będzie obszerna. Oprócz opisu trudnych początków związanych z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości, łączenia jej z życiem rodzinnym, dogadania samej z sobą, znajdziecie tu kilka przemyśleń i refleksji, które być może  Was zainspirują. Jesteście ciekawi? Zapraszam. Jeśli natomiast szukacie odpowiedzi na pytanie typu: "jak prowadzić jednoosobową markę z siedzibą we własnym mieszkaniu i nie zwariować?" - poczekajcie na kolejny wpis. Z pewnością taki powstanie.

Długi rozbieg

Przez pierwszy okres po odejściu z etatu (kiedy już zdecydowałam, co chcę robić) korzystałam z formy działalności nierejestrowanej. Doskonaliłam techniki odnawiania mebli i wypuszczałam nieśmiało w świat pojedyncze projekty. Stworzyłam fanpage i stronę, która łączy w sobie sklep i bloga. Napisałam kilka tekstów, odpaliłam Instagrama. Wydrukowałam ulotki i wizytówki. Przygotowałam niezbędną bazę i bazowałam na tym, co mam. Rok 2019 zaczęłam natomiast od wpisu do CEiDG, finanse powierzyłam księgowej i ruszyłam cała naprzód z werwą i przekonaniem, że wystarczy kochać to, co się robi, a świat Cię zauważy i pieniądze same przyjdą. Nie przyszły, a świat, choć życzliwy, jako klient okazał się raczej zdystansowany. Owszem, ku mojej uciesze pojawiły się pierwsze zamówienia, sprzedałam też kilka projektów, ale szybko zrozumiałam, że lekko nie będzie. 

vinteco

Wczaski pod palemką

Mam wrażenie, że niektórym praca na własny rachunek i do tego we własnym mieszkaniu kojarzy się z wiecznym urlopem i istną sielanką. Brak uciążliwych dojazdów, sztywnych godzin za biurkiem, wymagającego szefa. Poranna kawa we własnym salonie lub nawet łóżku (bo kto samozatrudnionemu zabroni). Siedzę sobie w domu i tylko odnawiam mebelki. Owszem, to główny i najprzyjemniejszy (choć sam w sobie często najbardziej męczący fizycznie) element całego zamieszania, ale poza tym nikt za mnie: 

- nie nauczy się, jak to robić,
- nie opisze w różnych formach tego, co robię,
- nie zrobi i nie obrobi zdjęć,
- nie znajdzie, nie wybierze i nie kupi potrzebnych materiałów,
- nie sprzeda, nie zapakuje, nie wyśle,
- nie wystawi faktur, nie rozliczy miesiąca, nie zapłaci ZUS-u,
- nie pójdzie na networkingi czy inne spotkania biznesowe,
- nie będzie nadzorował realizacji założonych celów.

Poza tym, przecież nie wszystkie swoje życiowe „etaty” porzuciłam. Poza pracą niezmiennie i całodobowo jestem matką dwóch córek, żoną i gospodynią domową. Domownicy wciąż jedzą, chorują i potrzebują uwagi, a domowy bałagan trzeba choć czasem posprzątać (aktualnie nawet częściej, bo przecież pracuję w domu…).

vinteco

Domowa pułapka

Nigdy nie sądziłam, że dom może stać się nie tylko moim miejscem pracy, ale także pułapką, z której będę czasem próbowała się uwolnić, by nie zwariować. Owszem, możliwość pracy w miejscu zamieszkania (tak czy siak bardzo ją sobie cenię), ma wiele zalet i eliminuje sporo powszechnie nielubianych aspektów etatowej codzienności, ale w tej całej utopii na pracującego w domu czyha też wiele pułapek, które potrafią utrudniać działania. Ja w ostatnim roku zaliczyłam chyba wszystkie. Wymienię je dziś z grubsza, bo to dobry i obszerny temat na osobny wpis:

przestrzeń  
Początkowo, w twórczym szale i z braku innych możliwości, wszystko robiłam w mieszkaniu. Szlifowanie - na balkonie; tapicerowanie i malowanie - na antresoli (gdzie przechowywałam też gotowe przedmioty); zdjęcia - w salonie; pisanie i publikowanie - prosto z łóżka. Szybko poczułam się przytłoczona ilością rzeczy i chaosu rozprzestrzeniającego się z prędkością światła. Miałam wrażenie, że nie tylko pracuję w domu, ale i mieszkam w pracy. Od kiedy moim głównym miejscem meblowych poczynań stał się warsztat teścia, a na prace „czyste” wyznaczyłam jedno miejsce w domu (i nie jest to sypialnia), czuję się o niebo lepiej. Pozostali domownicy także.

rozpraszacze 
W domu jest ich znacznie więcej niż w biurze i są bardziej agresywne. Jeżeli z góry nie założymy, że pracując w miejscu zamieszkania musimy przestawić się na zupełnie inny tryb i nie określimy go sobie dokładnie, może być naprawdę ciężko. Najgorsze z przeszkadzajek to codzienne obowiązki domowe, zaburzające krajobraz i nagle nie cierpiące zwłoki (pranie, sprzątanie, gotowanie) oraz wszelkiej maści pokusy i pożeracze czasu, którym można się oddać bez świadków, korzystając z ciszy i spokoju. Ciekawa książka, najnowszy numer Zwierciadła, internet… - portale społecznościowe (chwilka przerwy), Pinterest (bo przecież trzeba się inspirować), Netflix (jeden odcinek, aż farba wyschnie).

zbyt ambitne plany
Początek własnej działalności to czas ambitnych planów i chęci szybkiej realizacji nagromadzonych pomysłów. Czasem zbyt wielu i zbyt naraz. To zupełnie jak w przypadku postanowień noworocznych - schudnąc 5 kilo. I najlepiej od razu. Owszem, warto mierzyć wysoko i sięgać myślami daleko naprzód, ale nie znając jeszcze do końca własnych możliwości w nowej rzeczywistości, lepiej nie szaleć. Zwłaszcza, że samoszefowanie bardzo szybko obnaża wszelkie złe nawyki w zakresie zarządzania czasem, projektem i sobą samym. Tu jednak odpuszczę sobie dalsze samobiczowanie:)


I w końcu…

własne towarzystwo
Pracując w pojedynkę, prędzej czy później przyjdzie nam zmierzyć się z... samym sobą, myśleniem na swój temat oraz tym, co sądzą o Tobie inni lub wydaje Ci się, że tak jest. Nie jest to łatwe, zwłaszcza, jeśli Twoje najbliższe otoczenie nigdy nie miało do czynienia z pracą na własny rachunek, a Ty przez wiele lat konsekwentnie pielęgnowałaś/eś własne ograniczenia. To było dla mnie najtrudniejsze starcie. Często coś nie trybiło i miałam ochotę rzucić którymś z akurat trzymanych ciężkich narzędzi i wrócić na etat dla świętego spokoju. No dobrze, ochoty nie miałam, ale poczucie, że może powinnam, i owszem. Oprócz tego czkawką odbija mi się wciąż cała masa kulturowych i nie tylko stereotypów oraz niewyartykułowanych, ale odczuwalnych wątpliwości i pytań, podsycających moje poczucie, że nie zyskałam, ale straciłam. Ale co? Kierownicze stanowisko, stałe zarobki, staż pracy, doświadczenie, prestiż, wykształcenie? Od dwóch lat nie pracuję na etacie. Moja rodzina nie odczuła w związku z tym zmiany w postaci pogorszenia jakości życia. Owszem, nie szalejemy, ale nigdy tego nie robiliśmy. Kocham to, co robię. Jestem spokojniejsza, wyspana. Jako matce jest mi lżej w sytuacjach, kiedy któreś z moich dzieci zachoruje (nie muszę brać L4), trzeba odprowadzić je do szkoły na później czy odebrać szybciej. Nie mam też potrzeby korzystania dozgonnie z wiedzy objętej w posiadanie na dwóch kierunkach studiów, zajmowania prestiżowych stanowisk, sprawowania kierowniczych funkcji. I tak jestem szefem:)


Istota społeczna…

Największym odkryciem minionego roku jest dla mnie uświadomienie sobie swojej społeczności. Zyskałam poczucie, że nie aż taki ze mnie aspołeczny gbur jak myślałam dotychczas. Wydawało mi się, że tak naprawdę mogę obyć się bez ludzi wokół siebie i nawet całkiem to lubię. Nieduże grono bliskich znajomych, sporadyczne kontakty z dalszymi. Cisza i spokój. Jednak w momentach, gdy pojawiały się wątpliwości, czy po prostu miałam gorsze dni, jakiś wewnętrzny instynkt kazał mi pójść do ludzi. Gdy spotkałam się ze znajomą, przy której zupełnie niespodziewanie puściły mi emocje, a ona w zamian obdarzyła mnie ogromną dawką zrozumienia i wsparcia, poczułam, że znów mogę oddychać. Zrozumiałam, że ja tych ludzi naprawdę potrzebuję! Przynajmniej czasami:) Mam też wrażenie, że od tamtej pory coś się zmieniło i ruszyło. Zaczęli pojawiać się nowi klienci, teść udostępnił mi swój warsztat do pracy, poznałam lub zauważyłam wspaniałe osoby, które mnie inspirują i wspierają, a najbliżsi dmuchają w żagle, gdy tylko dopada mnie flauta. Za każde, nawet to niewyartykułowane wsparcie jestem dziś ogromnie wdzięczna, choć wciąż uczę się z tego korzystać.


Kostka rubika

Podsumowując, miniony rok to istna kostka rubika. Wiele działań, ich konsekwencji, emocji, zwrotów akcji. Aby ułożyć kostkę rubika trzeba nauczyć się określonych algorytmów. Najpierw na jednej ze ścian układamy krzyż. Od tego zależy powodzenie dalszych ruchów. Potem w odpowiedniej kolejności uzupełniamy kolorowe klocki na poszczególnych ściankach. W razie pomyłki - cofamy ruch i powtarzamy algorytm. Czasem dany klocek na odpowiednie miejsce wskakuje sam, a czasem należy wykonać wiele ruchów, zanim się tam znajdzie. I choć pewne algorytmy są niezmienne, metod układania kostki jest wiele. Każdy więc może zrobić to na swój własny sposób i w swoim czasie. 

Schodząc na ziemię, ten rok nie kręcił się tylko i wyłącznie wokół odnawiania mebli. Owszem, to moje główne zajęcie, ale nie chcę opierać się też możliwościom, które się przede mną otwierają, cieszą mnie, a przy okazji przynoszą bonus w postaci dodatkowej gotówki. Czas więc podsumować. Oprócz renowacji mebli w ubiegłym roku:

- prowadziłam bloga firmowego marki Marlon koszule na miarę, na którym popełniłam 41 postów na temat męskiego stylu;

- współtworzyłam markę James handmade accessories (należy do firmy Marlon), szyjąc własnoręcznie z resztek tkanin męskie akcesoria na miarę (muchy, krawaty, poszetki, spinki do mankietów);

- doskonaliłam umiejętności graficzne, projektując na zlecenie, w tym np. logo dla marki alpakowe wzgórze i gazety ZiZoZu (na logo ode mnie czekają jeszcze aktualnie trzy marki prowadzone przez zdolne kobiety!);

- uczestniczyłam w tworzeniu podwalin pod czasopismo ZiZoZu, którego pierwszy numer ukaże się z końcem stycznia tego roku;

- byłam obecna w Lajtowym Klubie Biznesowym, w którym dzielę się swoimi doświadczeniami związanymi z prowadzeniem firmy oraz otrzymuję wsparcie.

Każdy z tych projektów ogromnie mnie inspiruje i ma obecnie ciąg dalszy. 


Co dalej?

Ostatnio ktoś zapytał mnie o to, jak bym chciała, żeby wyglądała moja firma? Bardzo lubię takie pytania, bo przypominają mi o tym, by nigdy nie tracić z oczu celu, który się założyło na początku. A od samego początku chciałam odnawiać meble z ukłonem w stronę ekologii i opowiadać ich historie. Będę więc:

- nadal to robić i częściej o tym mówić,

- wykonywać renowacje na zlecenie,

- realizować własne, w tym zwłaszcza upcyklingowe projekty, bo te sprawiają mi najwięcej radości,

- zaktywizuję i rozwinę upcyklingową kolekcję tekturlove,

- rozbudowywać stronę o zakładkę: poczekalnia i realizacje.

W sferze marzeń pozostaje natomiast własna pracownia. Choć w wyobraźni już milion razy urządzałam wymarzony warsztat w poniemieckiej stodole, wiem, że na to muszę jeszcze trochę poczekać. 

A dlaczego w ogóle wciąż to robię?

A dlaczego nie? Zawsze lubiłam dawać przedmiotom drugie życie, a sama mam przecież tylko jedno. Idę więc dalej i robię to, co zaczęłam.

5Komentarze

    • Avatar
      Gosia
      sty 16, 2020

      miałam otwarty link do twojego wpisu i wreszcie chwilę by ze spokojem przeczytać. Dziękuję za ten post, poruszyłaś tu wiele problemów, któe mgliście krążą mi po głowie jako konsekwencja mojej - podobnej - decyzji. Może dzięki temu kilka pułapek uda mi się uniknąć :) ale takie teksty są potrzebne i ważne - budują pewien wirtualny krąg wsparcia dla wszystkich w podobnym momencie życia. Zawsze raźniej gdy wiemy, ze nie jesteśmy z tym sami i gdzieś są ludzie do których można przynajmniej napisać. Trzymam kciuki za nowy rok i twoją kostkę rubika - już co najmniej 2 ścianki są ułożone. Być może uda nam się spotkać w realu - jak będziesz w Warszawie - odezwij się!

      • Avatar
        Agnieszka
        sty 17, 2020

        Dziękuję Gosiu za odzew i to, co napisałaś:) Ja również trzymam kciuki i będę pamiętać o propozycji przy okazji odwiedzin stolicy:)

      • Avatar
        Agnieszka
        sty 17, 2020

        I jak kolejne myśli dojrzeją, napiszę na pewno coś konstruktywnego na temat sposobów zarządzania sobą podczas pracy w domu:)

    • Avatar
      Małgorzata Pasierbska
      kwi 2, 2020

      Agnieszko bardzo osobisty taki prawdziwy tekst jak jest naprawdę w prowadzeniu działalności, mówisz o wszystkim, poruszasz to co przyjemne , ale dotykasz również tych mniej komfortowych obszarów. Jestem pod wrażeniem tego czym się podzieliłaś i w jaki sposób to podałaś czytelnikowi BRAWO !vf

      • Avatar
        Agnieszka
        kwi 2, 2020

        Dziękuję, że tak rzucę cytatem: \"Czasami człowiek musi, inaczej się udusi\" (Jonasz Kofta), a mi po prostu słowo pisane jakoś zawsze łatwiej szło niż mówione:)

Zostaw komentarz

Imię
E-mail: (Nie opublikowane)
   Strona: Adres strony z http://)
* Komentarz:
Przepisz kod
Please wait...